sobota, 5 listopada 2016

Wyprawy trybeusów...Ziemie Odzyskane...

Sezon kamperowy już za nami, za oknem jesienna aura, która sprzyja wspomnieniom, ale i przemyśleniom, planowaniom wyjazdów na następny sezon. W tym roku zwiedziliśmy kilka pięknych, polskich miast...Poznań, Szczecin, Toruń, zwiedziliśmy Ziemie Odzyskane, a konkretnie Łęknicę i piękny Park Mużakowski...w tym roku zrobiliśmy także trasę od morza do morza...czyli od Morza Bałtyckiego, do Morza Śródziemnego, a konkretnie od Trzęsacza nad Bałtykiem, po Chorwację Północną z półwyspem Istria...jest o czym pisać, to praktycznie 8 tys kilometrów w drodze...


Dziś może zacznę od początku...Ziemie Odzyskane, konkretnie Łęknica. Kwiecień, czyli dosyć wcześnie...nocne przymrozki, ale nie straszne, webasto w kamperku "robi" temperaturkę pokojową, czyli 21 stopni, wszystko jak w domu, robimy zakupy na wyjazd, ładujemy do lodówki, ciepłe ubrania do szafy, tankowanie wody do zbiornika, tankowanie paliwa, szybka kontrola techniczna...

Dlaczego Łęknica? Córka miała zadanie szkolne...opisać ciekawą osobę. W związku z tym, stwierdziliśmy, że jedyną, ciekawą osobą z mojej miejscowości, która przeżyła Auschwitz jest dziewięćdziesięcioletnia ciocia mojej żony, postanowiliśmy ją odwiedzić. Ciocia wyjechała po wojnie w poszukiwaniu lepszego bytu do Wymiarek, niedaleko Łęknicy, wtedy była tam prężna Huta Szkła, dziś można by rzec zgliszcza byłej Huty...ciocia udzieliła nam obszernego wywiadu, powstała praca, która została w szkole oceniona celująco...być może kiedyś ją udostępnię...

Wyjazd piątek popołudniu, kierunek Katowice, w Zabrzu zabieramy synową cioci i obieramy azymut Wrocław. Docieramy około północy do Bronowic (nie, nie tych krakowskich od Wyspiańskiego) tych obok Łęknicy...link do mapki, kliknij...

Zmęczeni udajemy się do swoich prycz...otworzyłem okienka, bo to w zasadzie nasza dziewicza noc w kamperze, myślałem, że nie będzie wentylacji. Rano budzimy się w lodowatym powietrzu, zawalone gardła i losowanie, kto wyjdzie spod cieplutkiej kołdry, aby włączyć webasto. Wygramoliłem się ja, kierownik wycieczki, nastawiłem 20 stopni, no i rura do wyra...za 20 minut mieliśmy temperaturę jak w domu...

Szybkie śniadanie...i nie tracąc czasu obowiązkowo jarmark w Łęknicy...Jarmark przypominał mi jarmarki w Nowym Targu, czy Jabłonce, tylko, że zamiast Słowaków całe rzesze Niemców...prawdziwy Bazar Różyckiego, można kupić wszystko...nawoływanie "zigaretten!!!" zewsząd, no bo Niemaszki mają w Polsce tanie cygarety (papierosy) i paliwo...pomyślałem sobie...Boże mój, gdyby wprowadzono w Polsce euro, to zrobi się tutaj nędza i bieda...tylko własna waluta daje moim Rodakom tutaj na Ziemiach Odzyskanych możliwość godnego bytu...





















Na zdjęciu most na Nysie Łużyckiej...pełno samochodów i Niemców targających niemal wszystko z jarmarku, od papierosów, po konserwy, słodycze, szafki, kwietniki, ubrania, środki czystości...zdjęcie zrobione od strony niemieckiej...

Dalej udaliśmy się w kierunku Parku Mużakowskiego, położony jest po obu stronach Nysy Łużyckiej...żałowałem, że nie zabraliśmy rowerów, bo zwiedzanie parku na nogach to tylko muśnięcie tego przepięknego krajobrazu...

Poniżej zdjęcia elektrowni wodnej z 1901 roku, która dalej jest czynna i produkuje prąd...strona niemiecka...





Idziemy dalej... zamek księcia von Pückler...kto by chciał zwiedzać profesjonalnie to polecam stronkę...http://www.park-muzakowski.pl/page/sightseeing ...a z mojej strony uwaga, aby parkować po stronie polskiej, parking koło jarmarku kosztuje 3 euro za cały dzień, Niemcy kasują po swojej stronie już 20 euro...więc parkujemy na polskiej stronie a to praktycznie rzut beretem, trzeba przejść tylko ten most na Nysie Łużyckiej...
















Poniżej Mużaków po stronie niemieckiej...zjedliśmy wurst z chlebem, za 2 euro...nie powiem, smaczna kiełbaska...

















Podczas konsumowania wurstu widoczek z ławeczki na pomnik żołnierzy radzieckich...nikt tutaj nie sadzi się z kilofem, aby usuwać poradzieckie pomniki, w końcu to dawne DDR-y ...a w zasadzie niechże by dostały dla przypomnienia głupoty... 

Ustawiam GPS-a na Wymiarki...możliwa najkrótsza droga...jak chciałem tak miałem ...najkrótsza, ale i atrakcyjna. Wjeżdżam w las, a tam droga wojewódzka ale nie asfaltowa, tylko poniemiecka, kocie łby, czas się zatrzymał na 39 roku, nie zrobiłem zdjęcia, bo troszkę się zszokowałem...dokładnie taka jak znalazłem w sieci to zdjęcie...



W Wymiarkach odwiedzamy ciocię, która przeżyła Auschwitz...ja trochę kręcę się po miejscowości ...huta szkła, która kiedyś była polska dziś śmierdzi niemieckim kapitałem...bo wiadomo, według folksdojczów Polacy się nie nadają do biznesu...powstaje grupa Stölzle Wymiarki..ha...

Zdjęcie, które ściska gardło...wytatuowany numer obozowy cioci...














Wracamy do Bronowic...po drodze mijamy budynki niemieckie z palonej, pełnej cegły, krajobraz typowy tzw Ziem Odzyskanych...



Kostka współczesna, ale murki po prawej pamiętają niemieckich mieszkańców. Pani Zosia, która pozwoliła nam zaparkować nasz wóz Drzymały zaprosiła nas na poczęstunek i wieczorne Polaków rozmowy...
Wyciągnęła stary album i pokazała nam jak wyglądało jej podwórko kiedyś...
Poniżej zdjęcie, to drzewo było kiedyś narożnikiem niemieckiego domu, mieszkańcy, którzy przed wojną mieszkali w tym domu długo jeszcze przyjeżdżali odwiedzać to miejsce...













Co ciekawe Polacy i Niemcy nie czuli po wojnie do siebie aż takiej nienawiści...Niemcy jako wypędzeni, a w zasadzie samowypędzeni często wracali na swoje ziemie, aby popatrzeć, zapamiętać, powspominać. Oni się sami wypędzili, bo spodziewali się odwetu, zemsty Polaków...co ciekawe, jak opowiadała pani Zosia, Polacy nie czuli aż takiej nienawiści, cieszyli się, że wojna się skończyła, tak naprawdę dla zwykłych ludzi najcenniejszy jest pokój...Wiele pięknych poniemieckich domów było po wojnie rozbieranych na cegłę, aby odbudowywać Warszawę, "dzieła" potem dokończyli zwykli szabrownicy, którzy kradli co popadnie...dlatego te tereny wyglądają na bardzo zaniedbane. Mentalność tubylcza była też i jest dalej taka, że wielu było pewnych, że Niemcy tutaj wrócą, więc mało kto budował nowe budynki, przeszkodą są  też wyodrębnione tereny górnicze, na których ponoć są złoża węgla brunatnego, ludzie nie mają tam lekko. Osiedlono tutaj także Ukraińców, obok była wioska składająca się z samym Ukraińców przesiedlonych w ramach akcji Wisła...

Tak w zasadzie te ziemie nigdy nie należały do Niemców, więc nazwa Ziemie Odzyskane jak najbardziej na miejscu, to ziemie Słowian. Te granice Ziem Odzyskanych powinny być przesunięte aż po Chociebuż (Cottbus), rzekę Sprewę, a północne strony aż po Berlin. Bo to były dawne ziemie Słowian Serbołużyczan. Gdzieś czytałem, że plemiona Serbołużyczan były świetnie zorganizowane, pomimo, że nie mieli swojej państwowości, to doskonale sobie radzili..czytałem też (choć nie znalazłem linku), że plemię to nie znało pojęcia niewolnictwa, byli wolnym ludem. W VI wieku zaczęły napierać od zachodu na Serbołużyczan ludy germańskie, Skutkiem było to, że część ludności nie wytrzymała naporu i ruszyła na południe. Dzisiejsi Serbowie jugosłowiańscy to potomkowie Serbołużyczan. W X wieku germanie totalnie zawładnęli ziemiami Serbołużyczan i zaczęli osiedlać  na tych ziemiach Niemców i co za tym poszło nastąpiła brutalna germanizacja Słowian łużyckich... ciekawy artykuł na temat Łużyczan i germanizacji pod linkiem...
https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/2015/06/07/serboluzyczanie-dawniej-i-dzis/

Rano po mszy, gospodarze pokazali nam Geościeżkę, czyli szlak grobli po kopalniach węgla brunatnego...fenomenalne...woda w każdym jeziorku o innej barwie...warto zobaczyć, polecam link
http://luk.muzakowski.pl/2016/02/09/szlak-geoturystyczny-dawna-kopalnia-babina/

Poniżej moje zdjęcie...




























Rzut okiem na jeziorko "afryka"...

Niedzielne popołudnie, szykujemy się do powrotu, wjeżdżamy na drogę numer 18, poniemieckie płyty przez prawie 70 km. Zalecana prędkość 70 km/h...znalazłem filmik, który oddaje rzeczywistość...link 

Jechaliśmy 70 km/h przez parę kilometrów, słyszałem wszystkie talerze i garnki w szafkach i wszystkie sztućce w szufladzie...zjechałem na lewy pas i rura 110 km/h...i przestałem słyszeć talerze i sztućce...przed północą kładziemy się spać, ale już w domu, słodkim domu...cdn...












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz